Od prawdziwej historii do książki

Kulisy wyprawy, która nie powinna się udać

Są pomysły, które rodzą się z rozsądku, planu i spokojnej kalkulacji. Ten akurat do takich nie należał. Wymalowane gdzieś w szarym zakątku miasta hasło „Wąbrzeźno żąda dostępu do morza” brzmiało od początku jak żart, lokalny absurd, zdanie zapisane gdzieś między buntem a poczuciem humoru. A jednak właśnie z tego żartu wyrósł pomysł, żeby potraktować go śmiertelnie poważnie. Skoro Wąbrzeźno żąda dostępu do morza, to może trzeba po prostu wsiąść do kajaka i ten dostęp sobie wywalczyć?

Tak zaczęła się historia, która z czasem przestała być tylko zabawną wyprawą grupy znajomych. Stała się opowieścią o uporze, improwizacji, zmęczeniu, absurdach logistyki i o tym, że czasem najdziwniejsze pomysły prowadzą do najciekawszych wspomnień.

Skąd wzięło się hasło: „Wąbrzeźno żąda dostępu do morza”?

To zdanie miało w sobie wszystko: lokalność, przekorę i absurdalny rozmach. Wąbrzeźno nie leży nad morzem, nie ma portu, nie ma fal rozbijających się o molo. Ma za to własny charakter, jeziora, ludzi z wyobraźnią i dystans do siebie. Hasło „Wąbrzeźno żąda dostępu do morza” brzmiało jak manifest miejsca, które wie, że nie wszystko musi być logiczne, żeby było ważne.

Z czasem przestało być tylko zabawnym napisem. Stało się punktem wyjścia do prawdziwej wyprawy. Trochę manifestem, trochę pretekstem, trochę zaproszeniem do historii, która od początku miała w sobie coś niemożliwego.

Kajak Jaszczomb — bohater drugiego planu

Każda wyprawa ma swoich bohaterów. Są ludzie, którzy podejmują decyzje, dźwigają bagaże, marzną, mokną, kłócą się, śmieją i płyną dalej. Ale w tej historii ważne miejsce zajmuje też kajak — Jaszczomb.

Nie był tylko środkiem transportu. Był towarzyszem, rekwizytem, symbolem i niemym świadkiem kolejnych etapów wyprawy. To na nim opierał się cały ten szalony plan. Miał płynąć tam, gdzie teoretycznie dało się płynąć, i znosić to, czego nikt rozsądny wcześniej nie sprawdził wystarczająco dokładnie.

Jaszczomb szybko stał się bohaterem drugiego planu — takim, który nic nie mówi, ale bez którego nie byłoby całej opowieści.

5 rzeczy, których nie wiedziałem przed wyprawą do morza

Po pierwsze: że mapa i rzeczywistość to dwie różne historie. Na mapie wszystko wygląda prościej. Rzeki płyną, zakręty są eleganckie, odległości wydają się rozsądne. W terenie dochodzą przeszkody, zmęczenie, pogoda i tysiąc małych problemów.

Po drugie: że logistyka potrafi być trudniejsza niż samo płynięcie. Noclegi, transport, jedzenie, przenoski, sprzęt, tempo grupy — to wszystko zaczyna żyć własnym życiem.

Po trzecie: że nie da się zaplanować wszystkiego. Można próbować, można mieć harmonogram, ale rzeka i tak sprawdzi go po swojemu.

Po czwarte: że kryzysy po czasie stają się najlepszymi historiami. To, co w danym momencie irytuje, męczy albo wydaje się katastrofą, później często okazuje się najciekawszym fragmentem opowieści.

Po piąte: że w takiej wyprawie cel jest ważny, ale ludzie są ważniejsi. Morze było kierunkiem. Prawdziwa historia działa się po drodze.

Jak wyglądała trasa z Wąbrzeźna nad Bałtyk?

Wyprawa prowadziła z Wąbrzeźna w stronę Bałtyku wodnym szlakiem, który bardziej trzeba było sobie wyobrazić i wywalczyć, niż po prostu odnaleźć. Jej podstawą były lokalne cieki, później większe rzeki — między innymi Struga, Drwęca i Wisła. To one miały stopniowo wyprowadzić uczestników z miasta, przez kolejne etapy, aż w stronę upragnionego morza.

Na papierze brzmiało to niemal romantycznie: kajak, rzeka, przestrzeń, wolność i wielki cel. W praktyce była to trasa pełna komplikacji. Nie zawsze wygodna, nie zawsze oczywista, nie zawsze przyjazna. Właśnie dlatego stała się czymś więcej niż zwykłym spływem. Była podróżą szlakiem, którego właściwie nie było.

Dlaczego ta wyprawa nie miała prawa się udać?

Bo zbyt wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Bo pomysł był absurdalny. Bo trasa była wymagająca. Bo logistyka chwilami przypominała układanie mostu z zapałek na wietrze. Bo rzeczywistość co chwilę dopisywała własne przypisy do planu.

A jednak właśnie w tym tkwi sens tej historii. Nie w perfekcyjnym przygotowaniu, nie w sportowym wyczynie, nie w podręcznikowym sukcesie. Ta wyprawa miała w sobie coś dużo ciekawszego: upór, humor i zgodę na to, że nie wszystko musi iść zgodnie z planem.

„Wąbrzeźno żąda dostępu do morza” zaczęło się jak żart. Ale kiedy żart zostaje potraktowany poważnie, może zamienić się w przygodę. A czasem nawet w książkę.